Wspomnienia z państwowej edukacji

 

Jak wszyscy  w tym kraju, byłem uczony, że po dobrych szkołach jest dobra praca. W rodzinie nie brakowało wykształconych osób – wziąłem z nich przykład. Wybierałem najlepsze placówki, aby mieć najlepszą pracę Rzeczywistość okazała się wyraźnie inna. Po latach postanowiłem zebrać najważniejsze wspomnienia.

Tekst udowadnia, iż szkoły państwowe są zacofane i panuje w nich burdel, a już na pewno nie ma po nich dobrej pracy i zdrowej psychiki.

Tekst podzielono na dwie sfery – najważniejsze kwestie są podane w głównym tekście, a dla osób posiadających więcej czasu – rozwinięcie szczegółów w tabelkach.

 

Przedszkole i podstawówka

            Do przedszkola poszedłem z przydziału rejonowego. Dzień spędzaliśmy na zabawie. Jedzenie było dobre. Gdy była ładna pogoda, szliśmy na zabawki na podwórku. Po południu się uczyliśmy, a wieczorem można było oglądać filmy. Szkołę podstawową tę wspominam dobrze, gdyż była dostosowana do potrzeb kilkuletnich dzieci – przede wszystkim wesoła zabawa, a nauka tylko w podstawach. Niestety skończyły się państwowe pieniądze i zaraz po odejściu mojego rocznika przedszkole zostało zamknięte.

Pierwsze lata podstawówki również były udane. Dostaliśmy nauczycieli przeszkolonych do nauczania początkowego. Pani S. uczyła nas polskiego – była bardzo miła i utalentowana w zawodzie – miała zresztą 3 dzieci. Środowiska uczyła nas pani N. – również bardzo dobra i zdyscyplinowana. Mieliśmy też matematykę z panem K., plastykę z panią L., muzykę z panem L. i angielski z panią S. Wszystko było dostosowane do naszego wieku – fundamenty nauki były przekazywane w prosty sposób.

Klasy od 4 do 6 również przeszły bez problemów – uczyliśmy się biologii, muzyki, matematyki, polskiego, angielskiego itp. Tak samo pracowaliśmy ze zrozumieniem, jak i czasem uczyliśmy się na pamięć. Przez matematykę przeszły przydatne obliczenia, na polskim dużo lektur i pisania, na muzyce graliśmy na flecie i uczyliśmy się o wielkich muzykach, etc. Wszystko szło dobrze.

 

Pod koniec lat 90-tych AWS próbowało udowodnić, że są w stanie wnieść sensowne reformy i na siłę zabrali się za edukację. Od tej pory zaczął się hardkor.

 

Gimnazjum

Pierwszym problemem był zrzut różnych dzieci z różnych rejonów – gimnazjum miało dobrą opinię, więc oprócz osób z rejonu zwaliło się dużo bogatej gówniarzerii – strasznie rozpieszczeni, bezczelni i skłonni do intryg. Wszyscy byliśmy w wieku dojrzewania, więc nam odbijało i wychodziły z tego straszne problemy. Klasyczny system nauczania został zamieniony w „program” gdzie dostaliśmy „nowoczesne” książki – drogi papier kredowy, mnóstwo zdjęć, mało wartości merytorycznej i kiepskie tłumaczenie. Wymogi były duże, tak też regularnie uczyliśmy się na pamięć. Warunki w gimnazjum były ciężkie (hałas, afery itp.), tak też nauczycielom zaczęło szybko odwalać – z porządnych pozmieniali się w psychiczne wraki, do tego schodziła się cała masa gorszych nauczycieli, którzy nie mogli znaleźć pracy w spokojniejszych szkołach.

Do naszej klasy dołączył W. – rozpieszczony najmłodszy syn właściciela kilku firm i mieszkań z bogatej dzielnicy. W dość młodym wieku dojrzał i był strasznie silny – regularnie wszczynał awantury – tak samo z „dresiarstwem” jak i ze zwykłymi uczniami. Dzień w dzień kogoś obrażał, raz na jakiś czas kogoś pobił. Nie szło mu wlać, bo był potężny. Kiedy jakaś grupa z osiedla mu wlała, przylatywała jego bogata matka i robiła sceny w szkole, że to nie on zaczął, a na komendach wszczynała sprawy osiedlowcom. Gość był znienawidzony przez wszystkich, a musieliśmy go znosić, bo nic się nie dało zrobić. Mieliśmy też P., syna bogatych prawników – regularnie donosił i wszczynał intrygi, tak, żeby wszyscy mieli problemy i się ze sobą kłócili – strasznie się do tego podniecał i to dosłownie. Jego najlepszym kolegą był grubas z innej bogatej rodziny – prowadził taki sam styl życia. Mieliśmy też 4 kasiaste feministki, które nie odzywały się do chłopców i donosiły co się dało do nauczycieli. Z działalności tych osób spędziliśmy 3 lata szkoły na regularnych kłótniach, aferach, bójkach i sprawach u dyrekcji tudzież na policji.

 

Opis poszczególnych nauczycieli znajduje się w tabelce niżej:

Nauczycielowi od matematyki odbiło – przestał nauczać jak dawniej i kazał kupować jakiś nowy zestaw książek. Regularnie dostawaliśmy 1, 2 i 3, bo ch szło zrozumieć z tego, co próbował nam wytłumaczyć. Pan od muzyki wylądował na odwyku i jak wrócił zaczął zabawowo doprowadzać dzieci do płaczu wpisując pały z odpowiedzi. Z polskiego dostaliśmy gnębionego w małżeństwie, nieudanego życiowo piłkarza, który się wydzierał i przemawiał przynajmniej jak król – czymś normalnym były wyzwiska, wpisanie pały, przemówienie, kim to on nie jest i może jeszcze na złość kartkówka dla wszystkich. Ponadto uwielbiał się uwziąć na co ładniejsze dziewczyny albo uczących się chłopców – miał na ich punkcie wyraźne kompleksy. Kobieta na biologii dyktowała książkę do zeszytu i kazała uczyć się na pamięć. Katechetka krzyczała i użerała się o sprawy religijne – dużo osób z osiedla przestało chodzić do Kościoła i zwolniło się z religii. Germanistka była strasznie dziecinna, ale jakby nie patrzeć, nauczyła nas podstaw języka. Chemik był wyrzuconym z uczelni doktorantem – prowadził zajęcia jak na wykładach, kazał uczyć się na pamięć i wpisywał pały za choćby drobną różnicę w definicji – lubił się czasem na kogoś uwziąć. Historyczka była jebniętą kobietą po 60-stce – ryliśmy u niej historię przynajmniej jak na poziomie poszerzonego liceum. Stres, który nam towarzyszył, przebijał wszystkie znane nam doświadczenia – było to wyraźnie za dużo, jak na nasz młody wiek. Informatyki uczył matematyk – programowaliśmy w bezużytecznym programie i nic nam nie chciał wytłumaczyć – wg niego sami mieliśmy wszystko wymyślić. Stres na tym przedmiocie też był dość wyraźny. Anglista był wychowawcą i sobie z nami nie radził – bał się kilku ustawionych, agresywnych uczniów i statystyki kar wyrabiał na pozostałych. Pani od geografii była, jakby to nazwać, moherowym beretem – czymś normalnym były podniecone afery o zachowanie, ciąganie na siłę po kościołach itp. Pani od fizyki pracowała w ciągu życia w kilku szkołach i uczelniach – była nauczycielem starego typu – bardzo miła, wszystko ładnie wytłumaczyła – jakimś sposobem odstawała od tej całej zgrai. Technikę słabo pamiętam – generalnie była jakaś starsza emerytka – regularnie dostawała ataków wściekłości i przerabialiśmy jakieś mało przydatne powtórki dt. prawa drogowego oraz podstawy szycia, gotowania, układania obwodów elektrycznych itp. WF prowadził wychowawca – było dobrze, graliśmy, uczyliśmy się regulaminów poszczególnych dyscyplin i tylko trochę sobie z nami nie radził. Raz na jakiś czas były spiny w wydaniu co agresywniejszych uczniów.

Statystki dotyczące przedmiotów w gimnazjum podałem w tabeli niżej:

  • Przydatną wiedzę do życia mieliśmy na 54% przedmiotów – czyli z praktycznego punktu widzenia zmarnowaliśmy połowę czasu.
  • Rzetelnie tłumaczyć umiało 54% nauczycieli – czyli 5 z 13 nie nadawało się do roboty.
  • Wiedza przydatna do pracy przewinęła się w 38% przypadków.
  • Za solidne wyżywanie się na dzieciach odpowiadało 3 nauczycieli. Jest to mała liczba, jednakże byliśmy młodzi i przejścia z tymi osobami był dla nas jak najbardziej okropne.
  • Problemy psychiczne miało ze sobą 69% nauczycieli i jest to wynik naprawdę przerażający – tylko 4 było spokojnych i sprawiedliwych.
  • Poważny stres towarzyszył tylko na 3 przedmiotach – ale tak jak było już pisane, byliśmy dziećmi i przejścia dla nas były naprawdę traumatyczne.
  • Przedmioty językowe – angielski i niemiecki – jakby nie patrzeć nauczyły nas przydatnych podstaw.
  • Przedmioty naturalne – biologia, chemia i geografia – niestety koncentrowały się nad uczeniem na pamięć wiedzy teoretycznej i niewiele wniosły do życia oraz przyszłych prac.
  • Przedmioty humanistyczne – polski i historia – były prowadzone przez dość pierdolniętych nauczycieli, z którymi mieliśmy przejścia – dużo złośliwości i uczenia na pamięć.
  • Przedmioty w naszej specjalności – matematyka, fizyka i informatyka – powinny były być akcentowane pod naszą przyszłość, a wyszły raczej średnio. Książki były kiepskie, a matematyk trochę zdziwaczały.
  • Praktyk zawodowych nie mieliśmy żadnych, no chyba, że liczyć proste rozmówki językowe z anglistą i germanistką.

 

Gimnazjum w statystykach wypada formalnie dość średnio – praktycznie przeżyliśmy je jednak w sposób jak najbardziej traumatyczny. Stosunki w klasie to była patologia – małe, skłócone grupki, awantury, intrygi prowokacje itp. Czymś normalnym były wizyty bogatych rodziców, którzy ustawiali wszystko dla swoich rozwydrzonych dzieciaków. Problemy emocjonalne mamy do dzisiaj. Książki były do bani – drogie, dużo zdjęć, mało zadań i tłumaczenia. Nauka była skoncentrowana trochę na podstawach do życia i trochę na ryciu teorii. Praktyk nie mieliśmy żadnych – osoby z osiedla, które poszły w zawody techniczne, nie wyciągnęły ze szkoły nic. Prawie wszyscy nauczyciele mieli problemy psychiczne i kilku poważnie się na nas wyżywało za nieudany życiorys – wyraźnie widać, że do gimnazjum idą najgorsi. I cytując na podsumowanie, jak to powiedział wychowawca – „jakby mieli ze sobą siedzieć jeszcze rok, to by się pozabijali” – oraz pewien pan profesor – „To gimnazjum to jakaś patologia – książki drogie i gówno warte, a nauczyciele pierdolnięci”.

Wprowadzenie gimnazjum było głupotą. AWS chciał na siłę pokazać, że coś robi, a tylko pogłębił problem. Idea gimnazjum działała w IIRP, kiedy to szkoła ta była płatna, dostępna dla nielicznych i klasy były monopłciowe. Wersja darmowa, łatwa, dostępna dla wszystkich i mieszająca różnice kulturowe nie działa i prowadzi do tragedii.

 

Liceum

Liceum wybrałem chyba najbardziej „wybitne”, bo numer jeden i z ponad 400-letnią tradycją. Kilku absolwentów przestrzegało mnie przed tą szkołą, ale byłem ambitny i chciałem jak najlepiej pod swoją karierę. Wybrałem klasę o rozszerzonym profilu angielskiego, matematyki, fizyki oraz informatyki.

Generalnie powtórzył się schemat z gimnazjum, z tym zaznaczeniem, że klasa lepsza, nauczyciele gorsi i mniejsze problemy emocjonalne. Z przodu siedziały kujony, które nie odzywały się do osób spoza swojej grupy i spędzały czas na podniecaniu się swoją zajebistością. Z tyłu było kilku bogatych młodzieńców z wiejskich rodzin biznesowych. Czas spędzali na lansie, szlajaniu się i bojkotowaniu osób innych, niż ich grupa. Plus był taki, że przynajmniej nie było już awantur i intryg.

 

Opis nauczycieli znajduje się w tabeli poniżej:

            Nauczyciele byli pierdolnięciu i to już na poziomie poważnego zacofania społecznego, jeżeli nawet nie patologii psychiatrycznej. Wychowawczyni uczyła polskiego, miała ojca kuratora i co najgorsze skończyła matfiz, więc uparcie chciała nas nakierować na studia humanistyczne. Była rozpieszczona przez ojca i przechodziła rozwód z mężem. Uwielbiała robić nam na złość i to w naprawdę wyrafinowany sposób. Polskiego uczyła jak na studiach humanistycznych, czyli my mamy sami się domyślić, co mamy czytać, mamy to już przeczytać, zrozumieć, opracować i przyjść na lekcję o tym podyskutować. Pały wpisywała po kilka na lekcje. Zagrożenia i zaniżenia ocen końcowych rozdzielała na ostatniej lekcji przed klasyfikacją 5 minut przed dzwonkiem – potrafiła zaniżyć 4 na 2 i 3 na 1. W 3 klasie zablokowała nam darmowy wyjazd, bo zgłosiła, że jako klasa nań nie zasługujemy. Przez jej terror i rozrost wymagań nie mieliśmy czasu na nasze główne przedmioty. Z tego co wiem, kobieta do dziś uczy w szkole.

Anglistka uczyła nas z książki i generalnie powtórzyły się tematy z gimnazjum. Kobieta od Niemieckiego jechała z tematem jak burza – dział w 2-3 tygodnie i sprawdzian – do nauczenia gramatyka i 6 stron A4 słówek. Oceny 2 i 3 były normalne, 4 miał tylko uczeń, który w dzieciństwie mieszkał w Niemczech. Matematyczka nie miała rodziny i całe życie spędziła jako nauczycielka. Sprawdziany dawała tak, że zadań nie udało się napisać na czas, nawet, jeżeli ktoś je zrobił z automatu. Oceny 1 były częste, 2 to znaczy, że umiałeś, 3 umiałeś profesjonalnie – 4 i 5 pojedyncze przypadki w roku. W 2 klasie uwaliła 17 osób, nikt nie zdał poprawki, puściła wszystkich, oprócz dwóch, których nie lubiła – musieli zmieniać liceum. Fizyki uczył nas doktorant z UJ i też prowadził zajęcia, jak na studiach – gadał do ściany, my już mieliśmy wszystko umieć, robił sprawdzian i połowa ma pały. Po kilku miesiącach zmienili go na zatrudnioną po znajomości żonę któregoś z ustawionych nauczycieli. Kobieta fizyki nie znała ni w ząb – uczyła nas z książki. Większość ściągała, a ci, co chcieli się czegoś nauczyć, nie mieli ku temu okazji. Pisanie matury z fizyki wiązało się z uczeniem w 100% na własną rękę. Z biologii na początku mieliśmy dobrą nauczycielkę starej daty, ale to się rychle zmieniło. Po znajomości zatrudniono córkę starej jędzy od PO. Młoda, piękna i… jurna oraz bezwzględna – tak samo jak jej matka. Wymagała od nas skomplikowanej, szczegółowej wiedzy jak na studiach. Dużo rzeczy dyktowała na odwal się a potem cięła punkty na sprawdzianach za niewiedzę. Pały, tróje i wieczne poprawki były czymś normalnym. Chemii uczyła dyrektorka, znana z głupoty, łapówkarstwa i mściwości. Dyktowała książkę, ale jakby nie patrzeć, czegoś się uczyliśmy i nie robiła nam na złość, bo nie wchodziliśmy jej w drogę. Z uwagi na fakt, iż było zbyt pięknie, dostaliśmy inną chemiczkę – bez talentu nauczania i dyktującą za szybko – w skutku wszyscy dostawali 1, 2 albo 3. Osoby, które potrzebowały chemii do matury, uczyły się na własną rękę. Pani od Informatyki zmieniała męża średnio co 3 lata i była głównie zajęta chodzeniem w skąpych ciuchach i wypinaniem swoich pośladków – a była grubo po 40-stce. Jak przystało na IIIRP, pracowaliśmy w programie z lat 80-tych. Kujony robiły zadania, bo znały je z hobby albo korepetycji – my nie rozumieliśmy, ale pani szła dalej. Sprawdziany polegały na zżynaniu od kujonów i zaliczaniu na 2-4, w porywach 5. Maturę z przedmiotu zdawały kujony i jeden kolega nie-kujon – musiał uczyć się na własną rękę. Pani od PO, o której już wspomniano, była ustawioną za PRLu jędzą. Nie nauczyła nas nic – wybierała tematy z książki i jak to bywa w państwówce – ktoś zdał, ktoś oblał i poprawił, a ktoś się męczył 5 popraw i słuchał wyzwisk. Pani była gruba i raz na jakiś czas robiła awantury co popularniejszym dziewczynom. Ksiądz od religii był w porządku – rozmawiał z nami o moralności, uczył modlitw itp. Dość szybko go zmieniono na fanatyka, który kazał nam ryć na pamięć daty i wydarzenia, jak na normalnych lekcjach. Nigdy bym się nie spodziewał, że lekcja religii może być trudna i robiona na złość. Mieliśmy jeszcze Wiedzę o kulturze i Podstawy Przedsiębiorczości – były to przedmioty marginalne – ani się czegoś nie nauczyliśmy, ani nie było trudno. WF był prowadzony na odwal się na ciasnej sali. Geograf był wyluzowanym kolesiem i to jedna z niewielu osób, które dobrze wspominamy. Czasem tylko trochę przesadzał z wymaganiami.

 

Pierwsza klasa zeszła na ryciu i znoszeniu złośliwości. W drugiej byliśmy już blisko matur, więc czymś normalnym było branie korepetycji za pieniądze rodziców. Przeciętny uczeń nadrabiał z polskiego i przedmiotu pod swoją maturę. W klasie trzeciej czymś normalnym było jechanie na 3 tematy korepetycyjne – przykładowo miałem angielski, polski i matematykę – i gdyby nie one, maturę napisałbym kiepsko, może nawet oblał. Idziesz do prestiżowej szkoły, żeby się czegoś nauczyć – oni cię tylko gnębią, a ty wszystko dorabiasz na boku i nie masz nawet kiedy spać. Koniec końców szkoła i jej lobby zbiera piękne, państwowe nagrody za wysoki poziom nauczania (sic!).

W ostatnich miesiącach mieliśmy okropne przejścia z wychowawczynią, która za wszelką cenę nie chciała nas dopuścić do matur. Nowy dyrektor ją pogonił, koniec końców przeszliśmy. Matury jakoś nam poszły. Odebraliśmy wyniki i rozeszliśmy się po studiach. W szkole podobno wprowadzono jakieś reformy, ale po 2 latach wszystko pieprzło – lobby wypchało nowego dyrektora i przywróciło stałe układy.

 

Statystyki na temat przedmiotów zamieszczam dla chętnych w ramce:

  • 20% przedmiotów poruszyło tematy przydatne do życia – czyli statystycznie, zmarnowaliśmy 80% czasu.
  • Może 20% przypadków poruszyło wiedzę w przydatnych dla nas zawodach.
  • 60% nauczycieli kiepsko tłumaczyło i musieliśmy sami się douczać.
  • Praktyk nie mieliśmy w ogóle.
  • 4 z 15 nauczycieli się na nas konkretnie wyżywało – liczba mała, ale to właśnie oni najbardziej zniszczyli nam liceum – zamiast się uczyć do matury, znosiliśmy ich wieczne intrygi i krzyki.
  • Ci sami nauczyciele mieli ze sobą problemy psychiczne i jak wyżej opisano zniszczyli nam 3 lata z życia.
  • Zbyt dużo materiałów względem czasu na naukę mieliśmy na ponad połowie przedmiotów – stąd wyszło niżej opisane powszechne ściąganie.
  • Na 11 z 15 przedmiotów ściągaliśmy i to na całego. Nie dało się zdać uczciwie, bo nie było czasu i możliwości na przerobienie ogromnego materiału. Przedmioty, na których nie ściągaliśmy, to matematyka, angielski i te pomniejsze – można powiedzieć, że zżynaliśmy na wszystkich liczących się przedmiotach oprócz 2 głównych ze specjalności i tych 2 małych.
  • Język angielski był prowadzony dobrze, niemiecki przesadnie – zżynaliśmy i niewiele wynieśliśmy.
  • Z przedmiotów ścisłych tylko matematyka była dobrze prowadzona – fizyka oraz informatyka bardzo kiepsko.
  • Biologia, chemia i geografia wzorem gimnazjum sprowadziły się do uczenia na pamięć teorii.

 

 

Wychowawczynię mieliśmy naprawdę podłą i złośliwą – to ona zniszczyła nam najbardziej okres LO i nic nie dało się zrobić, bo miała „plecy”. Większość nauczycieli prowadziła zajęcia na zasadzie kucia masy teorii i robienia na złość. Przedmioty główne nie zostały dobrze przeprowadzone. Nie mieliśmy praktyk, a wiedza była wyraźnie nieprzydatna w życiu i pracy. Szkoła była zapchana zadufanymi w sobie kujonami. Traumę mamy do dzisiaj.

Obecne liceum może nie jest tak patologiczne w swym systemie, jak gimnazjum, jednakże co lepsze szkoły są zapchane starymi nauczycielami, którzy robią na boku kasę i się wzajemnie trzymają. Dyrektor jest zmienny, więc ustawiają takiego, który nie robi im problemów – innego się wyrzuci za pomocą przekłamanych donosów. Szkoła jest przepełniona nieudanymi życiowo nauczycielami, którzy przyszli się mścić – formalnie są uważani za wymagających. Wysyłasz dziecko, chcesz dobrze, a niszczysz mu emocje i płacisz za nadrabianie nauki. Lepiej wyślij je do dobrej szkoły prywatnej albo po prostu osiedlowej i niech samo na spokojnie doucza się na boku.

 

Studia

W moim rejonie stoi wielki system budynków uniwersyteckich, które kojarzę od dziecka. Szkoła ma renomę jednej z najlepszych w Polsce, tak więc poszedłem tam studiować. Kierunków o wyższej dyscyplinie bałem się chociażby z uwagi na trudności z dostaniem się i dużą szansę wylotu na pierwszych latach – wybrałem więc średnią półkę, czyli inżynierię produkcji z dodatkiem zarządzania – miała być po tym dobra praca na halach produkcyjnych – „magister inżynier” i w ogóle.

2/3 naszego wydziału było dziewczynami. Były kujony, bogata młodzież, było też trochę prostych móżdżków dobrych w uczeniu się na pamięć. Dziewczyn było dużo, bo studia straciły już na prestiżu, a poziom inteligencji spadł, bo nowa matura sprawdzała wykonywanie schematów, a nie wiedzę praktyczną i kreatywność – wtedy jednak tego jeszcze nie wiedziałem.

Wbrew pozorom, poziom nauczania był dość konkretny. Wiele osób kojarzy takie studia z „tipsiarnią” – my mieliśmy jednak bardzo dużo do nauki – materiałoznawstwo, matematyka wyższa, technika, automatyka itp. Na pierwszym roku odpadła ¼ studentów – oblali po 1-2 przedmioty i w końcu się poddali. Nieoficjalnie wiedzieliśmy, że przedmioty, takie jak matematyka, są celowo ostro prowadzone, żeby utrzymać prestiż i wywalić ok. 25% osób. Na drugim roku dalej było dużo nauki, ale można było odetchnąć z ulgą, bo już nie tak ostro, jak na pierwszym – odpadło może kilka osób. Rok 3 to już były przedmioty specjalistyczne, a 4 i 5 strasznie dużo imprez, dobre kontakty z prowadzącymi i nauka stricte pod szczegóły różnych zawodów – inżyniera produkcji, jakości, logistyki itp.

Najwięcej wiedzy i najlepszy poziom mieliśmy na przedmiotach z optymalizacji, materiałoznawstwa itp. – prowadzący byli z dobrych wydziałów. Średnio było na marketingu, ochronie środowiska itp. Najsłabiej na przedmiotach rachunkowych – zajęcia prowadziły jakieś zagubione kobiety, które same nie rozumiały, co piszą, a już nie daj Boże coś by nam wytłumaczyły. Z tego sektora wiedzy uniwersyteckiej nie mam do dzisiaj, a jak coś umiem, to z pracy oraz nauki własnej.

Prowadzący dzielili się na trzy typy – dobrzy, średni i złośliwi w klimacie PRL. Dobrzy mówili, co wymagają, tłumaczyli, podawali źródła i oblewali słabych a puszczali nauczonych. U średnich przechodziło się trochę ucząc, trochę kombinując. Problemy były u tych ostatnich, bo oceny wpisywali, jak chcieli i robili sceny, byle tylko uprzykrzyć komuś życie.

Egzaminy dalece odstawały od przyzwyczajeń z wcześniejszych szkół – bardziej trzeba było znaleźć gotowce (klasyczne zadania i rozwiązania u danego profesora), niż uczyć się z książek ze zrozumieniem. Oblewania i poprawki były robione dla zasady – student, który więcej razy podejdzie do egzaminu, więcej razy będzie się uczył i więcej będzie umiał – podejście jeszcze z PRLu. Ściąganie było czymś powszechnym.

Studia nauczyły mnie też wiele o ludziach, w tym w szczególności o dziewczynach. Mam też na sumieniu dużo imprez i dzięki temu w dorosłym życiu już się nie szlajam, bo mam to wszystko za sobą.

Przez 5 lat mieliśmy ok. 70 przedmiotów i 100 prowadzących. Jest to dość długi wątek, więc załączam go jako osobną tabelę do przeczytania dla chętnych.

 

Szczegółowe wspomnienia z poszczególnych przedmiotów:

            W pierwszym semestrze uraczono nas WFem, Komunikacją społeczną, etyką w biznesie, mikroekonomią, informatyką, podstawami techniki, matematyką i materiałoznawstwem. WF wszyscy wiemy jak wygląda. Na etyce uczyliśmy się wiedzy z lat 60-tych jak zarządzać firmą tak, aby wszystkim było miło. W komunikacji społecznej spędziliśmy pół roku ucząc się… dokładności rozmieszczania kropek, przecinków, tabulatorów itp. Zaliczenie dostawało się po ok. 5 wizytach u pana profesora – czyli ok. 5 tygodni łażenia. Mikroekonomia rzeczywiście zawierała wiedzę przydatną w biznesie – krzywe popytu itp. Egzamin zdawaliśmy po kilka razy oblewając u różnych prowadzących – każdy miał różne definicje i odpowiedzi na pytania. Na informatyce pogłębiliśmy wiedzę z… Worda i Excela. Kobieta nie miała talentu nauczania – wszystko sprowadzało się do douczania z samouczków i robienia projektów. Technikę oraz materiałoznawstwo prowadził solidny profesor – dużo wiedzy i trzeba było się dużo uczyć, żeby zdać. Pan od matematyki miał problemy emocjonalne – wyleciał wcześniej z innego wydziału – wymagał więcej, jak na najbardziej kujońskich wydziałach, nie umiał nauczać, robił z nas żarty, gnębił kilku uczniów itp. – wszystko do końca 2 semestru – zdaliśmy, bo mieliśmy wyryte na pamięć gotowce.

W drugim semestrze dostaliśmy podstawy projektowania inżynierskiego – powinniśmy byli uczyć się programów graficznych i planowania produkcji – robiliśmy jakieś wybrane przez doktora przypadki optymalizacji problemów – oczywiście ręcznie na papierze. Egzamin był zrobiony na złość, tak, żeby wszyscy mieli kiepskie oceny. W ramach makroekonomii przerobiliśmy dużo przydatnej w życiu wiedzy o szerszych prawach ekonomii – jednakże zaliczenie było takie samo, jak przy mikroekonomii – kilku prowadzących, różne definicje, kilka podejść, oblewanie, zmienianie terminów itp. Profesor od fizyki był zajęty robieniem pieniędzy w prywatnych uczelniach i firmach, tak więc przedmiot był dość łatwy – przerobiliśmy mniej wiedzy, jak w poszerzonym liceum. Informatyka przerobiła podstawy programowania w VBA i jest to jedyny przydatny program do wyższych obliczeń, którego nauczyłem się w państwówce. Matematyka dalej sprowadzała się do ponadprzeciętnego poziomu i obrażania kilku podpadniętych. Na angielskim uczyliśmy się tego, co w poszerzonym liceum plus nowe słówka i zagadnienia gramatyczne. Na WFie dostaliśmy jakiegoś kurdupla z kompleksami, ciągle z nas szydził.

Trzeci semestr na drugim roku uraczył nas logiką – temat dość ciekawy i przydatny w obliczeniach i planach inżynieryjnych. Na nieszczęście dostaliśmy prowadzącego od matematyki i powtórzył się schemat – przerobiliśmy grubo ponad poziom, dużo niskich ocen, brak źródeł wiedzy, szydzenie i robienie na złość oraz co najważniejsze – pominięcie przydatnych w biznesie schematów. Angielski oraz fizyka kontynuowały schemat z 1 roku. Statystyka jak wiemy to temat bardzo ważny w nowoczesnym biznesie – i jak to bywa, został przeprowadzony beznadziejnie. Główna prowadząca nie miała o nim zielonego pojęcia i dyktowała na wykładach pewną popularną książkę. Doktorantka od ćwiczeń i laboratoriów była starą dziewicą po 40stce – krzyczała, nie tłumaczyła, wpisywała pały prymusom itp. Egzamin był przekładany kilkakrotnie, bo kobiety narobiły bajzlu. Jeżeli statystyki się gdzieś nauczyłem, to samemu z życia i z książek. Tematów bardziej skomplikowanych nie umiem do dziś. Podstawy Zarządzania były prowadzone przez starszego profesora i rzeczywiście, podał dużo wiedzy o historii i systemie tej dziedziny. Z drugiej strony uwielbiał panienki i od lat po wydziale krążyły gotowce – laseczki z pierwszych ławek je podkładały albo pisały z pamięci, my podchodziliśmy po kilka razy i skończyliśmy na trójach. Procesy i techniki produkcyjne prowadził miły prowadzący, jednakże leń i pijak. Robiliśmy jakieś schematy na papierze – nie wytłumaczył nam ich – większość osób dostała na koniec tróje. Może pojedyncze kujony wygrzebały coś ze starych gotowców i jako tako rozumieją temat.

            Czwarty semestr  kontynuował schemat angielskiego i WFu. Na Podstawach Metrologii teoretycznie powinniśmy przerobić dużo wiedzy i praktyk z przyrządami. Wykłady były prowadzone na odpierol się i nie było książki. Po necie krążył skan jakiejś z PK, ale miała 400 stron i nie poruszała tematów wybranych przez prowadzącego. Praktyki przypominały wycieczkę z podstawówki – coś tam policzyliśmy, porobiliśmy na maszynach z lat 60-tych, odwiedziliśmy jakieś pomieszczenia itp. Egzamin miał dziwaczne pytania i nie było do nich źródła – w praktyce wszyscy dostali pały – kujony dostały 3, ale i tak poprawiały. Ktoś w końcu dorwał gotowca, wyryliśmy pytania i pozdawaliśmy na 3-5. Prowadzący dawał ściągać a potem próbował łapać tych, których nie lubił – czyli klasyczna, uczelniana złośliwość. W grafice inżynierskiej ruszyliśmy jakiś stary, darmowy program z lat 90-tych – naturalnie miał ch wspólnego z współcześnie używanymi w firmach. Zarządzanie produkcją i usługami prowadził miły alkoholik i starsza pani. Jak przystało, robiliśmy jakieś dziwne schematy na papierze, które były ostatnio używane może w latach 80-tych PRLu – na zachodzie w 60-tych. Wszystko było kiepsko wytłumaczone i znowu ryliśmy na pamięć gotowce. Ekonomikę przedsiębiorstw prowadziły kobiety – zadania na poziomie matematyki LO, jeno wzbogacone o przemysłowe hasła. Przedmiot nie poruszył niczego z mikroekonomii, więc był całkowicie zbędny. Na badaniach operacyjnych przerobiliśmy optymalizację problemów skomplikowanych, co jest podstawą do współczesnych obliczeń w biznesie – przedmiot był prowadzony rzetelnie i jak najbardziej się przydał. Prawo gospodarcze prowadził jakiś stary pierdziel z PRLu – nabijał się z nas, wpisywał losowe oceny i nie ruszył żadnego tematu – o prawie dalej nie mamy zielonego pojęcia.

5 semestr na trzecim roku kontynuował angielski. Dostaliśmy też psychologię – przedmiot, na który czekałem chyba całe życie. Profesor był inteligentny i miły, ale na zajęciach głównie robił nam testy na inteligencję i poruszał proste tematy – generalnie więcej nauczyliśmy się z książek oraz Internetu. Ćwiczenia prowadził jakiś młody koleś, ewidentnie na odpierol się – efektywność zerowa. Projektowanie systemów produkcyjnych było prowadzone rzetelnie przez młodego i ambitnego doktora i to był praktycznie jedyny przedmiot dotyczący mojej specjalności, z którego coś wyciągnąłem. Marketing prowadziła dobra doktorantka, jednakże zajęcia sprowadziły się do poruszania prostych kwestii i… rysowania kolorowych projektów, jak w podstawówce. Rachunkowość jest podstawą do prowadzenia współczesnych firm. Profesor dyktowała za szybko i nie podała ani slajdów, ani bibliografii. Na ćwiczeniach doktorantka nie miała bladego pojęcia o temacie – robiliśmy bez wytłumaczenia jakieś dziwne schematy. Zaliczenie przedmiotu sprowadziło się do podchodzenia po kilka razy, aż ktoś w końcu wytrzasnął gotowce i trója. Inżynieria systemów była przeprowadzona rzetelnie. Było trochę teorii i dużo odwołań, jak to przedmiot przydaje się we współczesnym biznesie – niestety nie podano nam żadnych konkretnych przykładów. Zarządzanie jakością prowadził stary, upierdliwy doktor, który spędził całe życie na szczegółowej analizie dokumentacji w PRL-owskich fabrykach. Jak zrobić takową nas nie nauczył, ale musieliśmy ją mieć na zaliczenie – skończyło się na gotowcach. Wiedzę na egzamin też wzięliśmy ze starych pytań. Bardzo przydatnych przedmiotów, takich jak mechanika, automatyka, elektronika itp. nie mieliśmy żadnego. Jedyne, co było, to Podstawy Automatyzacji – profesor prowadził je na odpierdol się, a doktorantka nic nie rozumiała i dyktowała książkę. Na egzaminie ściągaliśmy i to na całego – przyszedłem zielony, usiadłem z odpowiednim kolegą i dostałem 5. Automatyki nie umiem do dzisiaj.

Semestr 6 na 3 roku dalej ciągnął nowe schematy i słówka z angielskiego. Jedynym z przedmiotów była socjologia, na którą czekałem całe życie – profesor niczego nie uczył, tylko dyktował fragmenty książek i robił sobie z nas jaja. Prowadzący przerobił semestr na odpierdol się. Jedyna wiedza, jaką posiadam, pochodzi z wykładu, który robiłem ponad wymagania. Finanse były prowadzone przez jakiegoś łysego-zezowatego-sepleniącego narcyza, który nic nie wytłumaczył i dyktował zadania z samym sobą w roli bogacza-biznesmena. Pały wpisywał jak mu się podobało i dużo osób pieprzyło się we wrześniu. Bazy danych to był kolejny ważny przedmiot, gdzie grzebaliśmy się w podstawowych programach – Excel i Access – prowadzący nie umiał tłumaczyć i pokończyło się na zżynaniu i trójach. Zarządzanie logistyczne miało ten problem, że temat da się ogarnąć w kilka stron – my mieliśmy na to cały semestr – wykładowca zza granicy mówił w kółko o tym samym, a egzamin sprowadził się do trafiania w definicje różniące się słówkami i przecinkami. Metody optymalizacji dyskretnej powtórzyły temat z badań operacyjnych, tym razem w bardziej skomplikowanej i praktycznej wersji. Wiedza jak najbardziej przydatna. Ćwiczenia trudne, a do egzaminu trzeba się było dużo uczyć. Dynamikę procesów produkcyjnych prowadził syn profesora – na odpierdol się, olał większość zajęć, a zaliczenia pisaliśmy z gotowców – dostaliśmy 4 i 5 i nic nie wynieśliśmy z przedmiotu. Jako przedmiot wybrany dostałem Nowoczesne metody zwiększania efektywności pracy – prowadził ja jakiś zagraniczny doktorant – wystarczyło napisać (zerżnąć z neta) esej i 5 na koniec.

Semestr 7 na 4 roku przyniósł zarządzanie personalne z panią od etyki z pierwszego roku – i tak samo przerobiliśmy jakieś hipisowskie zagadnienia równego traktowania pracowników. Zarządzanie strategiczne prowadził wymagający profesor, jednak jak to bywa, poza podstawami wiedzy teoretycznej nie podał nam żadnej praktyki, choć dużo o niej wspominał. Marketing przemysłowy sprowadził się do wytłumaczenia, czym się różni od marketingu i powtórzenia zagadnień z tego drugiego. Ekologia zasobów naturalnych i ochrona środowiska poruszyła zagadnienia kalkulacji środowiska naturalnego – wiedza przydatna i przedmiot przeprowadzony rzetelnie. Metody symulacji komputerowej powinny nas nauczyć praw i algorytmów obowiązujących w stosowanych obecnie programach – sprowadziły się jednak do binarnych zagadnień w… Excelu. Rachunek kosztów dla inżynierów prowadziła doktorantka, żona kogoś tam ważnego – jak się można domyślić nie miała bladego pojęcia o niczym – trzeba było być miłym i dobrze ściągać. Zagadnienia na poziomie matematyki z LO wzbogacone o biznesowe słówka. Zintegrowane systemy wytwarzania – tu jest problem, bo tego przedmiotu w ogóle nie pamiętam – prawdopodobnie został olany przez wykładowców i było jakieś proste zaliczenie. Mieliśmy też dwa przedmioty obierane – wybrałem Rachunek ekonomiczny w zarządzaniu i Energię Odnawialną. Drugi był przeprowadzony przez wymagającego profesora od techniki – dużo się nauczyliśmy i wiedza jak najbardziej przydatna. Pierwszy prowadził naprawdę podły gość – był miły cały rok, a potem losowo nas poudupiał, niektórych na wakacje – i to jeszcze przedmiotem obieranym. Zaliczenie dostawało się wg łaski.

Semestr 8 na 4 roku poruszył Planowanie i sterowanie produkcją – przedmiot prowadzony przez dobrego doktoranta – dużo wiedzy, w tym szczególnie tej praktycznej i wszystko ładnie wytłumaczone. Komputerowe wspomaganie doskonalenia procesów produkcyjnych – wykłady nieobowiązkowe, a na zajęciach inny temat, którego nikt nam nie wytłumaczył – dorwaliśmy gotowce i wszyscy dostali 5. Na Modelowaniu optymalizacyjnym procesów logistycznych powinniśmy przerobić skomplikowane algorytmy upraszczające wielkie systemy pociągów, ciężarówek, samolotów itp… znowu dukaliśmy jakieś prostactwa w Excelu. W kwestii Komputerowego wspomagania decyzji i Strategii Marketingowych – to kolejne „przedmioty widmo”, których nie mogę sobie przypomnieć. Pierwszy chyba znowu sprowadził się do Excela, a na drugi nie trzeba było chodzić i ściągaliśmy na egzaminie. Ważnym dla nas przedmiotem było Projektowanie produktu – powinniśmy nauczyć się teorii i praktyki budowania krok po kroku złożonego podmiotu – program mieliśmy uproszczony, a profesor słabo go wytłumaczył. Metod obliczeń w ogóle nie poruszył. Na zaliczeniu czymś normalnym było podrzucanie projektów sprzed lat – mój był zrobiony 4 lata wcześniej przez jakiegoś zaocznego, który pracował u ojca w dużej fabryce produkcyjnej i wszystko rozumiał. Dostałem 5, a do dziś nie mam bladego pojęcia o temacie. Ekologistyka i ekotechnologie był przedmiotem obieralnym – jak zawsze mój ulubiony profesor od techniki – rzetelnie i z wymaganiami.

9 semestr na 5 roku był praktycznie ostatnim – 10 to już tylko seminaria. Przedmioty Prognozowanie i symulacja procesów produkcyjnych oraz zarządzanie procesami pomocniczymi – w ogóle ich nie pamiętam – chyba były obierane, przeprowadzone na odwal się i z prostym zaliczeniem – z obu mam 5. Pierwszy był chyba powtórką z wcześniejszych tematów, tylko u innego doktora. Badania rynkowe i marketingowe powtórzyły kwestie z marketingu i poszerzyły o kilka prostych zagadnień dt. metodyki – temat max. na kilka stron i znowu dużo kolorowego rysowania. Sieci Petrii to dość młoda dyscyplina, która pozwala sprawnie obrazować algorytmy w systemach produkcyjnych, komputerowych itp. – jak najbardziej przydatna i jak bywa, przeprowadzona na odpierdol się. Metody Szeregowania Zadań pogłębiły tematykę algorytmów optymalizacyjnych w przemyśle – przedmiot przydatny i przeprowadzony rzetelnie. Analiza produkcji była powtórką z wcześniejszych lat – znowu rysujemy na kartkach jakieś schematy i nikt nam nic nie wytłumaczył. Kontroling powinien nauczyć nas metod mierzenia i zarządzania poszczególnymi kwestiami w przedsiębiorstwie, a… powtórzył binarną wiedzę z mikroekonomii. Przedmiot Zarządzanie projektami – jest to kwestia, którą da się opisać w kilka zdań i algorytmów. Prowadził doktor miły alkoholik – nie pamiętam i mam 5 – czyli pewnie jak zawsze na odpierdol się.

Na 10 semestrze 5 roku mieliśmy seminarium dyplomowe, czyli powtórkę wiedzy i pomoc przy pisaniu pracy mgr. W większości przypadków przedmiot był prowadzony na odpierdol się – wyślij prezentację, masz 5 i spierdalaj. My dostaliśmy jakiegoś starszego profesora, który opowiadał o swojej cudowności, kochankach itp. – trzeba było lizać buty, inaczej robił na złość. Pracę napisałem gdzieś przez wakacje, obronę miałem jesienią.

Pracę magisterską zacząłem pisać już w lutym, teorię miałem gotową na marzec. Temat miałem bardzo ambitny i łączący kilka dziedzin. Problem był z praktyką, gdyż powinienem opisać zagadnienia w poszczególnych przykładach. W PRLu było o to bardzo łatwo, teraz żadna firma nie chce, gdyż boją się wycieku poufnych informacji. Generalnie nawet Wujek z własnym przedsiębiorstwem nie chciał mnie do siebie dopuścić. Dane wyciągnąłem na flaszkę od kolegi, który dawno temu i na odwal się prowadził prostą firmę od napraw komputerów. Podobnie dostałem pieczątkę praktyk – nikt nie sprawdził, że firma upadła 3 lata wcześniej. Danych było dość mało, więc dorzuciłem jeszcze pozyskane po znajomości z pewnej komórki doktoranckiej i drobnego przedsiębiorstwa produkcji rolnej. Z tym ostatnim sytuacja trochę śmieszna, ale co poradzić, jak nie ma skąd wziąć danych. Całość pracy miałem w drugiej połowie wakacji – doktorant poprawił i przyjął.

Na obronę dostaliśmy 120 pytań – po 30 z poszczególnych działów – zarządzania, ekonomii, optymalizacji i mojej specjalności, tj. produkcji. Generalnie duży dział wiedzy – uczyłem się 3 miesiące, gdyż na naszej uczelni nie odpuszczali. Dostałem kilka prostych pytań apropo pracy i kilka wylosowanych z wiedzy całościowej. Odpowiedziałem, dla zasady dostałem wypomnienie jednego małego błędu – i tak jak wszyscy – 5 za pracę, 5 za odpowiedzi i 5 na dyplom. 5-letni kawał życia zwany studiami ot tak dobiegł końca.

           

1 i 2 rok studiów sprowadziły się do ciężkiej nauki – ok. 1/3 wydziału odpadła. Imprez mieliśmy mało – raczej grzeczne posiadówki z dziewczynami albo upijanie się w trupa. Nauczyłem się, że nie należy uczyć się dla wiedzy i z książek, tylko pod określone zadania i schematy – wtedy się zda. Na 3 roku surowość wyraźnie spadła – trochę więcej balowaliśmy, cały czas jednak się uczyliśmy. Pojawiły się pierwsze przedmioty prowadzone na „odpierdol się”, czyli formalności i piąteczka. 4 i 5 rok to już profesjonalna ekipa koleżanek i kolegów do imprez w klubach i załatwianiu materiałów. Większość przedmiotów była prowadzona na odwal się a my najczęściej mieliśmy gotowce.

 

Statystyki dotyczące studiów są podane w tabelce:

  • Dobrze wytłumaczono nam 25% przedmiotów – 75% przedmiotów musieliśmy analizować sami, najczęściej grzebiąc za gotowcami na necie.
  • Konkretne wymagania były dla 41% przedmiotów59% zaliczało się na luzie.
  • Przydatnych do uczonego zawodu było 44% przedmiotów, czyli zmarnowaliśmy ponad połowę czasu spędzonego na uczelni – wynik patologiczny.
  • 66% przedmiotów poruszyło współczesne tematy – 34% zostało gdzieś w PRLu i XIX wieku.
  • Praktyki na poziomie znośnym mieliśmy tylko na 6 przedmiotach i wszystkie one dotyczyły podstaw informatyki oraz optymalizacji. Pozostałe przedmioty poruszały temat teoretycznie i co najwyżej robiliśmy proste przypadki na papierze. Ani razu nie zdarzyło się, żebyśmy rzeczywiście coś konstruowali lub analizowali.
  • Z współczesnymi maszynami nie mieliśmy styku ani razu.
  • Ani razu nie mieliśmy do czynienia z żadnym z poważnych, współcześnie używanych programów dla firm.  Wszystko sprowadziło się do analiz w MS Office albo na kartkach.
  • Mniej lub bardziej ściągaliśmy i oszukiwaliśmy na 70% przedmiotów – czyli tylko z  30% odpowiednio sprawdzono naszą wiedzę.
  • 26% przedmiotów zdaliśmy stricte zrzynając i podkładając gotowce – czyli z ¼ przedmiotów nie musieliśmy się niczego uczyć.
  • Mniejszych lub większych złośliwości doświadczyliśmy na 26% przedmiotów – czyli co 4 prowadzący mniej lub bardziej się na nas wyżywał.
  • Poważnych złośliwości zaznaliśmy u 13% prowadzących.
  • 34% przedmiotów powtarzało wiedzę – czyli statystycznie studia można było skrócić o ok. 1/3 czasu.
  • 33% przedmiotów przeprowadzono wyraźnie na odpierdol się – czyli 1/3 czasu prowadzących, opłacana z naszych podatków, została zmarnowana – pospolite oszustwo i złodziejstwo.
  • Jest 6 przedmiotów, które przeprowadzono tak na odpierdol się, że nawet nie pamiętamy, że były.
  • 54% przedmiotów z okresu specjalności powtarzało wiedzę – statystycznie, zmarnowaliśmy ponad połowę czasu 4 i 5 roku.
  • Ściąganie było czymś normalnym na 63% zajęć z okresu specjalności – rzetelnie sprawdzono nas tylko z 37%, czyli ok. 1/3.
  • 33% przedmiotów ze specjalności przeprowadzono na odpierdol się, a dodatkowo 5 tak, że nawet nie pamiętamy, co tam było – razem daje to 54%, czyli ponad połowa specjalności na 4 i 5 roku była prowadzona na odpierdol się.
  • Naszą specjalnością była produkcja – mieliśmy z niej 11 przedmiotów, z czego 3 przeprowadzone tak na odwal się, że nikt ich nie pamięta, a 6 wyraźnie na odpierdol się – daje to razem 75% przedmiotów, z których nie wyciągnęliśmy nic ciekawego – czyli ¾ czasu naszej specjalności – wynik karygodny.
  • Tak jak była już mowa, ani razu nie pracowaliśmy nad produkcją we współcześnie używanych programach dla poważnych firm – wszystko w MS Office(?!).
  • Wytłumaczono nam tylko 25% przedmiotów produkcyjnych – czyli ¾ musieliśmy przerabiać sami, co sprowadziło się do gotowców z Internetu.
  • Przydatne w zawodzie tematy produkcyjne były przerabiane na 38% przedmiotów.
  • Współczesne zagadnienia były na 50% – połowa przedmiotów ze specjalności utknęła gdzieś grubo przed 1989.
  • Jak już było mówione, praktyk nie mieliśmy żadnych – chyba, że policzyć 2 przedmioty, na których planowaliśmy produkcję w Excelu i rysowaliśmy w ograniczonej wersji jakiegoś darmowego programu.
  • Ściąganie było czymś normalnym na 7 przedmiotach z produkcji, czyli tylko 1 rzetelnie sprawdził naszą wiedzę – wynik patologiczny.
  • Powtórki zagadnień mieliśmy na 6 z 8 przedmiotów dotyczących produkcji, czyli statystycznie tylko 25% czasu nauki produkcji wniosło coś nowego.

 

 

Ujmując krócej, co wniosły, a co zepsuły studia? Zalet jest kilka i są mizerne, za to wad jest nieporównywanie więcej. Zalety:

  • Pogłębienie powszechnej wiedzy z MS Office.
  • Dużo wiedzy podstawowej, w tym matematyki, materiałoznawstwa itp.
  • Konkretne doświadczenie, wspomnienia i opinie o imprezowym trybie życia oraz dziewczynach.
  • Podtrzymanie wiedzy teoretycznej z języka angielskiego.
  • Trochę wiedzy z produkcji, ekonomii itp.

Wady:

  • Przestarzałość wiedzy i technik.
  • Brak jakichkolwiek realnych praktyk.
  • Ściąganie gotowców, uczenie się na pamięć itp.
  • Większość czasu to powtórki.
  • Przedmioty humanistyczne są prowadzone na odwal się.
  • W ogóle nie uczysz się praktycznego języka obcego.
  • Przedmioty ekonomiczne są zawalone kobietami, które niczego nie uczą.
  • Bardzo dużo przedmiotów jest prowadzonych na odwal się.
  • Mało przedmiotów ma solidne wytłumaczenie i bibliografię.
  • Nie brakuje złośliwych prowadzących.
  • Główny temat ze specjalności był strasznie zapuszczony.
  • Po studiach masz przerost ambicji nad treścią – chcesz dobrej pracy, a nadajesz się tylko do najgorszych i miną lata, zanim to sobie uświadomisz. Ujmując krócej, jesteś nieatrakcyjny i solidnie udupiony na rynku pracy.

 

Wypada jeszcze poruszyć bardzo popularny obecnie temat, tj. fenomen „dobrej pracy po studiach”. Tak więc jest to bujda i nic takiego nie istnieje. Studia nie obchodzą żadnego pracodawcy, ba są nawet strzałem w stopę – szef myśli, że nic nie umiesz, będziesz miał pretensje o warunki i rychle odejdziesz, więc cię nie przyjmie – zamiast ciebie zatrudni tanich tumanów i doświadczonych specjalistów. Podając kilka przykładów z życia:

  • X poszedł na informatykę przemysłową na pewnej renomowanej uczelni. Szukał pracy dorywczej i nigdzie go nie chcieli, bo nie miał potrzebnej wiedzy. Najpierw pracował w infolinii cyfrowej, ale tylko dlatego, że w domu za kasę rodziców eksperymentował z telewizją i komputerami, więc miał pojęcie o temacie. W następnej kolejności nie mógł znaleźć pracy, więc spędził 2 lata w pizzerii – najpierw na skuterze, a potem prywatnym autem. Ostał się, bo firma ostro oszczędzała na prywatnym sprzęcie – naprawy w dużej mierze finansował dziadek. Założył swoją firmę informatyczną, cienko przędła, utrzymywali go rodzice, ale koniec końców zebrał dużo doświadczenia i dostał się do firmy na stanowisko administratora sieci. Spędził tam 2 lata jako ten, na którego zwala się robotę i beznadziejnie zarabia. Kierownik grupy strzelił dziecko, więc dostał dużo jego obowiązków – za kiepskie pieniądze przez rok dużo się nauczył i wreszcie przeszedł do korporacji na poważne stanowisko za dobre pieniądze. Jak widać, studia nic nie wniosły – przydała się jeno wieloletnia praca na stanowiskach i wsparcie od rodziców.
  • Y poszły na studia inżynierii produkcji również na „dobrej” uczelni – będzie po nich dobra praca w mieście, mówiły. Na 5 roku poszły na praktyki do pewnej korporacji. Odpuściły trochę studia i utrzymywały się za oszczędzone wcześniej pieniądze i pomoc rodziców. Po roku stażu za 1200zł dostały awans na 1800zł obecnie zarabiają 2500zł. Większość znajomych nie dostała się do tej korporacji, gdyż nie mieli wystarczającej charyzmy i wsparcia finansowego od rodziców. Studia przy rekrutacji nikogo nie obchodziły.
  • Z wybrał fizjoterapię. Podczas studiów rodzice opłacili mu bardzo dużo prywatnych kursów – kasa poszła w tysiącach. Po zaliczeniu uczelni, zaczął szukać pracy – jedyne, co dostał, to oferty pracy jako przedstawiciel handlowy, gdzie go zresztą nie przyjęli, bo lepsi byli goście, którzy siedzieli po 5-7 lat w temacie. Po roku życia na koszt rodziców, znajomi matki-doktorki polecili sanatorium, gdzie przyjmują CV. Robotę dostał po znajomości rodziców. Pracuje na stanowisku, na którym używa wiedzy z kursów – nie ze studiów. Mieszka na zadupiu, w ramach oszczędności zakładu sprząta za sprzątaczkę i musi mieć założoną prywatną działalność gospodarczą. Miał zarabiać po 4000zł, dostał ok. 3000zł, z czasem zniżyli mu na 2500zł – po odjęciu podatków, rachunków itp. Zostaje mu pod 250zł – jak to mówi, na dojazd do rodziców po kasę.

 

Wniosek jest taki, że jak chcesz mieć dobrą pracę, to nie idź na studia, tylko pracuj, ucz się w praktyce, rób kursy i proś o wsparcie od rodziców.

 

Podsumowanie

W kwestii wniosków totalnych:

  • Reformy AWSu spatologizowały polską edukację – a najbardziej instytucja gimnazjum.
  • Wybitne szkoły mają chuja wspólnego z wybitnym nauczaniem – terroryzują uczniów, którzy sami muszą wszystko opracować. Poziom trzyma się tylko dlatego, że na hasło „dobra szkoła” przychodzą wybitni uczniowie, a ich rodzice mają pieniądze na korepetycje. Chcesz zadbać o przyszłość swojego dziecka – niech skończy normalną szkołę i idzie do pracy.
  • W państwówce jest cała masa nauczycieli, którzy mają ze sobą problemy i wyżywają się na uczniach.
  • Państwowe studia są przestarzałe, zapuszczone i prowadzone na odpierdol się – w skrócie mają chuja wspólnego z potrzebami na rynku pracy – chcesz mieć robotę, to lepiej idź od razu do pracy i dorabiaj kursy.
  • Dobrą pracę dostaniesz za talent, doświadczenie, charyzmę i znajomości, a nie tzw. „dobre szkoły”.
  • Nie zapowiada się na reformację systemu, gdyż sprzedani politycy są za bardzo zajęci wykonywaniem poleceń za łapówki. Dodatkowo radykalizacja systemu oświaty prowadziłaby do utraty głosów.

 

 

MJM