Wspomnienia z kryzysu

            W 2007 roku doszło do kryzysu ekonomicznego, który dość szybko rozszedł się po świecie. Rządy olały społeczeństwa, a korporacje nadrabiały długi oszukując, gdzie się da. Młodzi ludzie nie mogli dostać pracy, spadły zarobki i wszyscy musieli oszczędzać. Tekst przedstawia wspomnienia osoby, która straciła wsparcie od rodziny i skończyła państwową szkołę równo w dnie kryzysu. Tekst spodoba się osobom, które przeszły go w podobny sposób i nie podejdzie przypadkom, które znalazły pracę przed kryzysem albo miały wsparcie od rodzin.

 

2006 i 2007 – przed kryzysem – montaż, TP, budowa i C.

W kwietniu 2006 skończyłem ILO – była to stara, kujońska szkoła, po której rzekomo miała być praca za dobre wyniki intelektualne. 3 lata nauczyciele gnębili nas nauką i wyżywali się psychicznie. Po maturze poszedłem do biura pracy – dostałem ofertę montażu reflektorów – wziąłem od razu. Warunki całkiem dobre – 5zł/h netto, praca 160h na dwie zmiany – od 6 do 14 i drugi tydzień od 14 do 22. Wstawałem 4:45, jadłem śniadanie w autobusie i wracałem gdzieś koło 15:30. Matka wygoniła mnie wtedy z domu, mieszkałem u babci, miesięcznie zarabiałem ok. 800zł i cała kasa była dla mnie – ceny były jeszcze niskie, więc było dobrze. W lipcu zrobiła się ładna pogoda i olałem pracę – pojechałem na wakacje z kolegami. Gdzieś w sierpniu znowu poszedłem do biura i dali mi robotę w TP – przyjmowali każdego, szkolenie trwało 2 tygodnie i nam za nie zapłacili. W robocie w zasadzie nie mieli wobec nas większych wymagań, po prostu dzwoniliśmy i wciskaliśmy nowe abonamenty, nie było żadnego ciśnienia na wyniki. Odszedłem gdzieś po dwóch miesiącach, wyszło mi coś pod 2000zł. Wróciłem na mieszkanie matki i poszedłem na państwowe studia, po których rzekomo miała być cudowna praca.

Do wakacji 2007 nie pracowałem, bo strasznie dawali po garach z nauką. Gdzieś w 2007 kolega załatwił po znajomości budowę za miastem – ponad godzina jazdy, straszne wsióry i tylko 6 zł/h, ale zawsze była to szybko załatwiona praca. Po dwóch tygodniach wziąłem wypłatę i pojechałem na wakacje. W TV coś mówili o kryzysie w USA, ale w ogóle mnie to nie ruszało, bo przecież to daleko, jakaś pierdoła, a u nas wszystko w porządku – zresztą mam pomoc od rodziny i jak skończę studia, to będzie super praca. W zimie pracowałem na nocki w C – wstawałem 4:15 i na 6 rozkładać towar – w pracy dobre było to, że płacili 8zł/h i można było brać dowolną ilość godzin – brałem 1-2 dni w tygodniu i nikomu z kierownictwa to nie przeszkadzało. Sesję zdałem, choć z licznymi poprawkami i kiepskimi notami.

 

Kryzys Polska’2008 – kelner, NV i gazeciarz

W wakacje 2008 nie mogłem znaleźć żadnej oferty pracy – jeszcze niespecjalnie rozumiałem, co się dzieje. Jak zawsze wyjechałem na wieś do rodziny, tam atmosfera była już trochę inna, bo spadły im zarobki z plonów. Odwiedziłem kolegów nad morzem i wybiłem sobie kolano – generalnie kuśtykałem kilka miesięcy. Wróciłem do Krakowa, ofert pracy dalej nigdzie nie było. Zszedłem biura i miasto, a tu nic. Gdzieś w sierpniu zadzwoniła do mnie kobieta, że chce na kelnera – CV wysłałem jej w kwietniu. Po prostu miała burdel w pracy, połowę wyrzuciła, a połowa odeszła, to brała byle kogo. Robota była tragiczna, ale siedziałem w niej, bo nie było wyboru – trzeba było jakoś zarobić. Kelnerów było 3 razy za mało, co chwile czegoś brakowało, wchodziliśmy sobie w drogę, kuchnia nie wyrabiała… mogę pisać w nieskończoność… kelnerki wredne, kuchnia tępa, a menadżerka nigdy nie pracowała w temacie i miała wszystko w dupie. Klienci wściekli, bo wszystko spóźnione. Płacili 3,5zł/h – z napiwkami wychodziło coś koło 7,5zł. Ceny poszły w górę, kasy mi brakowało, wolne spędzałem pływając w jeziorze. Kontakty z kolegami mi słabły, bo nie miałem za bardzo czasu i pieniędzy na wyjścia. Z pracy odszedłem po 3 miesiącach, odłożyłem trochę kasy i trzeba było iść dalej na studia. Na święta zaprosiła mnie rodzina z miasteczka, byli bardzo mili – dali dużo kasy, jedzenia, prezentów – i co najważniejsze – rodzinnego traktowania. Myślałem, że mam nową rodzinę, że będziemy sobie pomagać – jeszcze nie rozumiałem, że mieszkają na zadupiu i po prostu im się nudziło.

Gdzieś na jesień szukałem pracy dorywczej. Jakiś koleś z NV powiedział, że ma pracę dorywczą w firmie dla osób z zarządzania. Straciłem kilka dni na formalności i firma okazała się piramidą finansową, oszukującą na lewe inwestycje. Gościa zapamiętałem sobie na całe życie, bo mówiłem wyraźnie, że mam problemy z pieniędzmi, a on mnie chciał okraść z ostatnich złotówek i jeszcze wrobić w to kolejne osoby.

W zimie roznosiłem gazety po domach. Praca bardzo fajna do studiów – pewna, bo ciężka i wszyscy z niej odchodzili – do tego dobrze płatna, bo dzielnice robiłem w 3,5h, a miałem za to 120zł. Miesięcznie +500zł na boku do studiów. Z pracy odszedłem gdzieś przed sesją zimową 2009 i był to kluczowy błąd, ale wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, co nadciąga. I tu się w zasadzie zaczęło na poważnie – amerykański spadek konsumpcji doszedł do Europy wschodniej.

 

2009 – McD i kelner

W wakacje 2009 znowu był hardkor z pracą, ale kolega robił w McD i po znajomości załatwił mi wejście – takie czasy, że nawet do tego burdelu trzeba było wchodzić po koleżeńsku. Menadżer MK był bardzo miły – mówił, że w McD panuje koleżeńska atmosfera i wszyscy mówimy do siebie po imieniu. O tym, że to kity wiedziałem, bo już dużo słyszałem o korporacjach. Praca niby prosta, ale jednak wypadałoby trochę opowiedzieć o tych kanapkach, składach i procedurach… oni wrzucali od razu na stanowisko, w największy ruch, żeby „dodatkowy pracownik” się opłacił i po prostu się darli. W ten sposób zostałem przeszkolony do kanapek i sprzątania, na których spędziłem 2 miesiące. Do każdej pierdoły było mnóstwo reguł, których nie znaliśmy, a z których nas pytali i wpisywali noty. 2/3 nowych osób odchodziło w pierwszy dzień lub do dwóch tygodni. Wśród robotników było bardzo dużo miłych osób, w większości studentów zaocznych, którzy przyszli dorobić. Problem zaczynał się od instruktorów w górę. Główną instruktorką była G., kiedyś menadżerka, zdegradowała się, bo miała  dość kierownictwa. W pracy utrzymywała się przez regularne donosy i narzucanie pracy. W kanapkach z kurczakiem robiły M. i M., małe kobiety po 40-stce, które pracowały tempem burzy i darły się na każdego, kto pracował wolniej lub wszedł im w drogę. Kilku menedżerów było do pogadania, ale oni dość szybko byli przenoszeni w inne rejony. Z reguły, żeby zostać takowym trzeba było spędzić przynajmniej 2 lata i zaliczyć wszystkie stanowiska. U. była koleżanką szefowej, miała doświadczenie hostessy i została przeszkolona… w tydzień. Od razu dostała tytuł głównej i trzymała się z donosów i robienia awantur. Kilka dobrych osób poleciało z uwagi na jej wrzaski – mieli rację, ale zamiast się dostosować, śmieli podjąć dyskusję. Szefem wszystkiego był T., kretyn po podstawówce, który od X lat robił w McD. Szefowa kazała mu się czepiać, o co się da i on to robił, żyjąc w świętym przekonaniu, że robi dobrze. Trzeba było uważać przy rozmowach, bo on wielu rzeczy nie rozumiał i wpisywał za to niskie noty. Najgorsza była szefowa – kobieta przed 40-stką, nie mogła zajść w ciążę i nienawidziła mężczyzn. Kobiety mogły robić co chciały, za to faceci mieli od razu awantury. W pracy nawet robiła menelka, jej koleżanka, która przy ludziach wyjadała ze śmieci i żuliła papierosy od klientów – nie było to problemem – za to każdy facet regularnie miał „rozmówki” o rzekome niewyrobione normy, „chamskie zachowanie” itp.

Dwa miesiące zeszły mi na pewnym burdelu, chaosie i wyzysku. Problemy zaczęły się w trzecim, bo wyrzucili za dużo osób. Dali mi za dużo godzin przy studiach – chciałem 80, a robiłem pod 160. „Przeszkolili” mnie też w 15 minut na inne stanowiska – w ogóle sobie nie radziłem, bo tam trzeba było wyrobić dużo godzin, żeby wszystko załapać. Znowu się na mnie darli i  mieli pretensje.

Gdzieś w październiku odszedłem z pracy. Szefostwo nie potrafiło zrozumieć, czemu tak dużo osób odeszło. Odłożyłem trochę forsy i zająłem się studiami – nadciągała zimowa sesja. Z domu uciekłem, bo matka strasznie ciężko przeżywała rozwód – tutaj szczegóły zostaną pominięte – kto miał ostry rozwód w rodzinie, ten zrozumie. Wyniosłem się na mieszkanie do kolegi do gorszej dzielnicy. Na wiosnę ojciec zrobił niespodziankę. Obiecał, że majątek podzieli 2 lata po moich studiach – jak już znajdę pracę i będę sobie radził i zawsze będzie mi pomagał. Jednakże ożenił się z roszczeniową kurwą i potrzebował mnóstwo kasy na auto, willę, dziecko etc – ugrał to dzieląc jak najszybciej majątek. Mieszkanie było do podziału w 6-24 miesiące, w zasadzie nie miałem gdzie już wracać. Matka się do mnie nie odzywała, bo „uciekłem do kiboli”. 4 rok studiów zacząłem w klimacie regularnych popijaw, bałaganu i pyskatych panienek – wszystko to obok mnie przy nauce na studia i spaniu do pracy.

Na zimę współlokator załatwił pracę kelnera – warunki bardzo dobre, praca spokojna na imprezach i 12zł/h. W okresie sesji miałem zmiany po 16-24h, ale to nie był problem, bo spokojna praca i dobra wypłata. W lutym menadżer powiedział, że w marcu będzie martwy miesiąc i w kwietniu wracamy do pracy. Poczekałem do kwietnia, zadzwoniłem i powiedział, że pracy nie ma, bo spadł popyt. On dobrze o tym wiedział, tylko miał nas w dupie, więc nakłamał. Znowu zacząłem szukać pracy.

 

2010 – drukarnia i Irlandia

Trzeci rok studiów nie był już taki ciężki, jak I i II, więc pracę znalazłem w kwietniu – była to drukarnia na R., gdzie jak mówią „pracę znajdzie nawet inwalida” – robota nudna, słabo płatna i dla każdego – a nawet tam musiałem się wpychać po znajomości – wejście załatwiła koleżanka, która siedziała tam już 5 lat. Płacili coś po 6-8zł/h – przy 5 dniach w tygodniu szło ugrać 1200zł/mc.

W lipcu zakupiłem bilet do Irlandii do kolegi w celu odłożenia trochę euro – zadeklarował, że praca cały czas tam jest. Przed Irlandią spędziłem 2 tygodnie u mojej rodziny z miasteczka – jak zawsze mnie zaprosili – jednak nie byli już tacy mili. Dorobili się pieniędzy i przenieśli do najdroższej dzielnicy w mieście. Czułem w powietrzu pretensje, ale nie spodziewałem się bezlitosnego zakończenia. Poleciałem do Irlandii, linie były tanie, czyli jechałem z Poznania do Wrocławia, tam na lotnisko, wylądowałem w Cork, autobusów już nie było, więc do hostelu i 7 rano autobusem do Galway. J. wyszedł akurat z pracy w SW i poszliśmy na chatę. Współlokatorzy byli w klimacie Śląsk-narkotyki-lewica i musiałem z nimi mieszkać. Procedura zrobienia numeru emigranta trochę trwała, bo akurat były jakieś święta. Roznieśliśmy CV po biurach i… cisza. Dużo biur było zamkniętych, a roboty na mieście nie było. Na domiar złego J. wyleciał z SW. Zapasy i forsa się kończyły i nie było to miłe uczucie. Koniec końców znaleźliśmy pracę w najgorszym biurze w mieście – tzw. „dla meneli i z wyrokami” – wzięli nas na pomoc do sklepu. Naturalnie zrobili też w konia – nawet w Irlandii ludzie zaczęli oszukiwać. Praca miała być po 160h i 10e/h, a była 0-20h na tydzień i 7,5 e/h. Nie mieliśmy jednak wyjścia, nie było żadnej innej pracy w rejonie. Jedliśmy głównie makaron i tanie piwo (lokalne jabcoki). Po miesiącu wyrzucili wszystkich za jakieś naciągane preteksty – po prostu skończyła się praca przy remoncie. Drugą pracę dostałem na śmieciarce – robota schodziła w 7 godzin i miałem 70e/dzień – całkiem dobry wynik. Praca była ciężka, ale wreszcie normalna i dobrze płatna – nikt się nie darł, po prostu biegałem i zbierałem śmietniki. Zacząłem odkładać kasę i był to pierwszy raz od 2007, jak miałem pozytywny wynik finansowy. Na jesień stanął przede mną dylemat – wracać na studia, czy zostawać. Wróciłem, bo byłem uczony, że po studiach jest praca – był to błąd, za który płacę do dzisiaj.

Rodzina z miasteczka zerwała ze mną kontakt – o tak napisali mi, że nie mają już dla mnie czasu. 5 lat traktowali mnie jak dziecko i w jedną chwilę porzucili – po prostu dorobili się pieniędzy, znaleźli lepszych znajomych i nie byłem im już do niczego potrzebny. Od tego momentu zostałem praktycznie sam.

Z odłożonej kasy kupiłem trochę podstawowych rzeczy – m.in. buty i kurtkę na zimę – wreszcie było mi ciepło i sucho. Późną zimą mieszkanie poszło do podziału, matka przeniosła się na gorszą dzielnicę i zabrakło jej kasy – wyszło na to, że mogę z nią zamieszkać, to z moją pomocą finansową utrzyma mieszkanie. Inaczej zostałbym sam bez niczego i nikogo.

 

2011 – mgr i telemarketing

Utrzymałem się do wiosny, skończyłem studia dzienne i czekałem na obronę w jesieni. Ambitnie rozniosłem swoje CV po wszystkich biurach oraz portalach i… nic. Nie potrafiłem zrozumieć, co się dzieje – przecież skończyłem renomowany kierunek. Zacząłem pytać znajomych i wyszło na to, że na rynku pracy w ogóle nikogo nie obchodzą studia… jak ktoś dostał pracę, to dlatego, że ma np. auto i doświadczenie w jakiejś branży. Wyszło na to, że zostałem okłamany przez rodzinę, rząd i szkoły. Do dziś nie potrafię tego do siebie przyjąć.

Praca przyszła sama, choć była niekoniecznie moralna. Zgłosiło się do mnie kilku studentów o pomoc przy magisterkach – nie miałem wyjścia, podjąłem się. Pieniądze zarobiłem średnie i miałem mnóstwo problemów z tymi pretensjonalnymi nierobami, ale cóż, nie było innej opcji. Branżę opuściłem późną jesienią, bo się nie dało z tego utrzymać i były problemy. Moja opinia o studentach wyraźnie podupadła.

W październiku jakiś koleś zrobił mnie w balona, tj. przyjął po studiach do firmy marketingowej, a wyszło, że mam… wciskać TV kablową od drzwi do drzwi – wypłata naturalnie w rejonie 200-800zł (?!). Nerwy i kilka dni znowu zmarnowane.

Gdzieś w listopadzie zgłosiła się oferta telemarketingu z biura. Wziąłem, bo nie było wyjścia. Płacili 8zł/h i dawali nadgodziny na wieczór i weekend, czyli całkiem nieźle. ¾ pracowników to były osoby po szkołach bez pracy – magistrzy, techniczni itp. Warunki pracy były całkiem miłe. Prezes był jednak zagubiony w czasoprzestrzeni i gdzieś w lutym odszedłem – zrobiłem dobrze, bo ci, co zostali, nie dostali wypłat za marzec – firma upadła.

 

2012 – skuter-pizza oraz druga Irlandia

Podjąłem się jeszcze jednej firmy telemarketingowej, ale tam mnie oszukali – nie płacili za szkolenie i kilka dni „praktyk”, gdzie wyrobiłem im klientów i po prostu nie przyjęli mnie na stałe – ot tak firma oszczędzała, chętnych do pracy było przecież w brud.

Kryzys doszedł chyba w swoje dno, bo ofert nie było już w ogóle. Znajomi ze studiów szukali pracy albo sortowali papiery w korporacjach za 800zł/mc. Był luty, na dworze mróz i chlapa – sięgnąłem po ostatnią możliwość, czyli pracę na skuterze w TP.

TP jest korporacją rozwożącą pizzę, płacą słabo i mają bajzel, ale zawsze wisiała tam kartka, że szukają kogoś na skuter. Przed kryzysem przez tę pracę przeszli wszyscy koledzy z osiedla, którzy chcieli dorobić. No cóż, nie mam wyjścia – poszedłem. Zostawiłem CV, uzupełniłem umowę, kazali poczekać kilka dni. Znowu przyszedłem, znowu dałem CV, znowu uzupełniłem i kazali przyjść za kilka dni. Powtórzyło się to kilka razy, wreszcie wpuścili – po prostu wywalali moje dokumenty do śmietnika, bo nie byłem im potrzebny. Akurat kogoś wywalili i zwolniło się miejsce. Szkolenia nie dostałem w ogóle, od razu wysłali na skuter. Mówiłem wyraźnie, że zaczynam w zawodzie, że chciałbym lżejsze godziny i trochę pomocy. Znowu powtórzył się fenomen McD, czyli wrzucali na najbardziej przemiałowe godziny, nie chcieli pomagać itp. Mapa była stara i podarta, a rejon to było całe południe wielkiego miasta. Syf był straszny, więc nie mieli stałych klientów – codziennie jechało się na nowy adres w jakieś ostatnie zadupie – np. 10km pod autostradę. Szefowa wyleciała za nieróbstwo z wcześniejszego lokalu, darła mordę, miała burdel, na niczym się nie znała i uwielbiała swoich lizusów. Pomocy od kolegów nie można było się doczekać, bo byli za bardzo zajęci planowaniem kursów z napiwkami. Pierwszy miesiąc zachowywali się w miarę, drugi zaczęli coś krzyczeć, trzeci już się darli i sugerowali odejście – nie miałem prywatnego pojazdu, więc im się nie opłacałem. Skutery regularnie przycinały się od deszczu albo po prostu psuły i trzeba było pchać – np. jeden prowadziłem w ulewie 7,5km, drugi 5km, sytuacja powtarzała się dość często. Regularnie dostawałem kursy połączone w 2-3 różne strony, a potem opierdol, że co tak długo. Ubrania pracownicze były podarte, czyli jeździłeś cały w deszczu i śniegu – przy dłuższych trasach czułeś odmarzanie. Jedyne, co mi się udało, to ugadać z szefem grafików – zaczął dawać dobre godziny i coś tam sobie odłożyłem. Kasa wychodziła słabo, coś w rejon 7,5zł/h – prywaciarze ok. 10zł/h. W miesiącu nie dało się wziąć więcej, jak 200h, bo od tego wszystkiego bolała głowa. Raz na jakiś czas kogoś okradli z pizzy i forsy, czasem mijałem jakieś młodociane grupki – generalnie od kwietnia zacząłem wozić ze sobą nóż wojskowy i tak już zostało na zawsze. W kwestii zachowań szefowej i pracowników mam całą gamę okropnych wspomnień, które będę pamiętał do końca życia – wszystkie obracają się wokół olewania obowiązków, burdelu, darcia mordy, zepsutego sprzętu, oszustw w dokumentacji i niedorobionych pomysłów.

Gdzieś w czerwcu wyleciałem, tj. nie wpisali mnie w grafik i się śmiali – klasyk, jak chodzi o wyrzucanie z TP. Miałem jednodniowy epizod z pracą w pewnej hinduskiej restauracji, ale tam skuter był wrakiem, większość dnia myło się naczynia, a szef twierdził, że 300h pracy miesięcznie to norma – zrezygnowałem.

Zacząłem roznosić CV, minęło kilka dni i znowu cisza. Forsa zaczęła się kończyć, więc wściekły poszedłem na pewne legendarnie patologiczne osiedle, gdzie kojarzyłem, że szukają skuterzysty. O innych pracach nie myślałem, bo nigdzie nie przyjmowano świeżaków. Menadżer przywitał mnie z otwartymi ramionami – nie wiedziałem, co się dzieje, bo od ok. 5 lat prosiłem się o wszystkie prace i byłem traktowany jak szmata. W pracy był lekki burdel, ale dało się zarobić i praca pewna, bo mało kto chciał jeździć na skuterze. Zarobki wychodziły mi tak w rejon 7,3 zł/h, brałem dużo godzin i miałem jeszcze czas na siłownię i wyjścia – z wypłatą wychodziłem tak w rejon 1500zł/mc, czyli całkiem nieźle. Menadżer był ogarnięty. Gdzieś w lipcu szefowie stwierdzili, że skoro pizzeria tak dobrze prosperuje, to po co im kierownik – po prostu go wywalili. Władzę przejął k., który regularnie przychodził napruty, sćpany i miał wszystko w dupie. Maszyny zaczęły się psuć, na osiedlu kradli pizzę i nikt z tym nic nie chciał zrobić. W grupie kolegów zrobiła się mentalność, że jebiemy pizzerię na całego i siedzimy ile się da – trzeba się jakoś utrzymać, a nie ma żadnej innej pracy. Wynoszenie jedzenia i oszustwa na karteczkach stały się czymś normalnym. Gdzieś na jesień zrobiło się naprawdę ciężko, bo skuter się zacinał, auta nie chciały odpalać, na kuchni pomyłki i jeszcze regularne podjazdy naćpanych dresiarzy. Część osób odeszła, a na ich miejsca przyszły tumany – mało kto  normalny chciał robić w takich warunkach. Umówiliśmy się, że gdzieś na zimę trzeba będzie znaleźć inne prace, bo się nie da. W październiku doszło do kwintesencji, tj. spadł śnieg, a jeździliśmy na letnich oponach. Skuter miał 2 poważne wady, a auto 5. W listopadzie pojechałem do Irlandii, bo znajomi i media mówili, że jest już praca. Koledzy przenieśli się do innych restauracji – jeden dostał po znajomości pracę kierowcy, a drugi fuchę w KFC.

Irlandii pożałowałem, bo media nagadały głupot. Pracy nie było – rekrutacja stała w miejscu. Regularnie rozsyłałem CV i obchodziłem wszystkie biura plus zakłady pracy. Odpowiedzi były pojedyncze, a kandydatów mnóstwo – np. centymetr odłożonych CV w lokalu. 2,5 miesiąca zeszło mi na jedzeniu przecenionych ziemniaków z Tesco, spaniu na podłodze i łażeniu po mieście. Gdzieś przed 1 lutego wylądowałem w Polsce, naturalnie wściekły i w długach.

 

2013 – powrót na skuter

Ofert znowu nie było, więc wróciłem do pizzerii. Nakłamałem, że mam dobrą pracę w magazynie, ale psują się stawy, więc wolę skuter. Znowu przyjęli mnie z otwartymi ramionami i dali podwyżkę. Po kilku dniach okazało się, że pizzeria prawie jebła, bo wszyscy poodchodzili, niektórzy nawet w trakcie pracy. Jeździłem w zimie, dało się, bo były już zimówki i miałem prywatne ubrania. Gdzieś w kwietniu kupili lepszy skuter, dostałem go dla siebie i wziąłem po 300h pracy na miesiąc. Nowi pracownicy byli dzieciakami i tumanami, ale dało się robić. Zacząłem odkładać na prawo jazdy. Nie miałem specjalnie życia prywatnego, ale do wakacji odłożyłem 6000zł. W lipcu pizzeria miała już dobre wyniki, więc szef znowu przychodził naćpany i robił afery, tak samo jego koledzy z osiedla. Parę razy wyszły jakieś bójki ze sprzętem i żałosne awantury. Młodsi koledzy wielokrotnie uciekali i musiałem poprawiać po nich kursy, tj. przechodzić z kasą i pizzą przez grupki młodych-gniewnych. Cały czas byłem w stresie i przepracowany, a najgorsze były piątki i soboty, gdzie czekaliśmy, co się stanie tym razem.

W sierpniu całe kierownictwo nas szmaciło, więc przyszła pora na ucieczkę. Prawa jazdy nie zrobiłem, bo dużo osób się żaliło, że oblewają. Dostałem ofertę dobrego skutera i innej pracy – od razu kupiłem i się wyniosłem. Kierownictwo strzeliło focha i do dziś się do mnie nie odzywają.

Robotę dostałem w centrum – wypłata i napiwki znacznie lepsze, do tego cieplej i mniej deszczu. Pracowało się super, ale dali trochę za mało godzin, a szef zaczął robić awantury, czemu jeździmy za wolno. Generalnie wychodziło na to, że mamy jeździć po czerwonych, pod prąd itp. Najlepsze wyniki miał koleś, który od 5 lat jeździł w rejonie i był ciągle pijany. Moje były normalne, więc wywalili mnie do drugiej pizzerii z kiepskim wynikiem finansowym. Załoga zaczęła się denerwować o wrzaski, szła ciężka zima i poodchodziliśmy. Znowu byłem trochę w plecy z kasą, bo przez 3 miesiące niewiele mi się odłożyło. Gdzieś przez neta dostałem ofertę jako listonosz u prywaciarzy – naturalnie nie za skończone studia, tylko doświadczenie, zaświadczenie o niekaralności i prywatny skuter. Robię tam od 2 miesięcy, kursy są proste, płacą średnio i generalnie jest to firma, czyli już się nie wydzierają i nie przychodzą naćpani. W weekend dorabiam przy bramce w klubie. Od 3 lat mieszkam z powrotem z matką i jakoś ciągniemy. Co z tego wyjdzie, zobaczymy za kilka lat w drugiej części tekstu, miejmy nadzieję już bardziej szczęśliwej.

 

Podsumowanie

No cóż, wnioski są wiadome. Studia są gówno warte i to jeden wielki kit, dla którego lobby profesorów chce sobie dużo i łatwo zarobić. Pracę dostają osoby z talentem, doświadczeniem i znajomościami, a nie po studiach. Rząd w ogóle się nie przygotował na recesję gospodarczą i miał całkowicie w dupie nasz los. Część ludzi jakoś się utrzymała, a część żyje w ostatnim gnoju. Pracy nigdzie nie było, a chętnych nie brakowało, więc pracodawcy zaczęli robić z nas szmaty. Wszyscy, w tym media, kłamią, bo robią na tym kasę.

Jak masz pecha, to rodzina całkowicie cię oleje, bo nie jesteś już im do niczego potrzebny – znudziłeś się. W niektórych przypadkach możesz nawet skończyć jako bezdomny i nikogo nie będzie to obchodzić. Jak człowiek chce coś osiągnąć w życiu, to musi być potrzebny, czyli mieć pieniądze, doświadczenie i sprzęt. Jak jest biedny, to ciężko mu znaleźć cokolwiek i kogokolwiek, może jeszcze przyjdzie taki jeden, co go okradnie do reszty. Nikomu nie należy ufać, tak samo państwu, jak i własnej rodzinie. Przyjaciele trzymają się ciebie tylko dlatego, że opłacasz im konsumpcję, głównie alkohol i wyjazdy. Na osiedlach nie chodzi o jakikolwiek honor, tylko robienie kasy na frajerach i bicie biedaków. Po kilku wulgarnych przejściach zmieni ci się psychika, będziesz nienawidzić wszystkich oraz wszystkiego, niczemu nie ufać i mieć napady nienawiści.

 

T_SS