Walka trwa!

517n+j3QhqL._SY450_

Wstajesz rano o piątej czasem szóstej. Więc jednak dostałeś kolejny dzień stary – myślisz sobie.

Kilkanaście minut ćwiczeń, prysznic. Kiedyś nie do pomyślenia było by wyjście bez bojówek wpuszczonych w ciężkie buty, dziś po prostu z wygody wciągasz na tyłek dresy. Przecież i tak idziesz tylko kilkanaście minut po swojej okolicy do pracy na swoimpróbujesz sam siebie przekonać. 

Odgłosów zamykanych drzwi i zamka nie słyszysz, w uszach już słuchawki, z których akurat dziś lecieć będzie dyskografia „Lemovice” – taki dzień francuski.

Droga do pracy od lat niezmienna, koncentrujesz na niej tylko tyle uwagi by unikać idiotów idących po niewłaściwej stronie chodnika czy nie zostać przejechanym przez mistrzów kierownicy podczas przechodzenia przez dwie uliczki. Od rana myśli wypełnia standardowa mieszanka: sms do dziewczyny, co zaplanowanego jest do zrobienia w pracy – a i tak specyfika pracy nie pozwoli Ci na realizację tego planu – wreszcie myślisz co trzeba zrobić wokół grupy, w której działasz.

Zaległe składki, ktoś nie daje znaku życia od miesiąca, zamówione gadżety znów są opóźnione, za miesiąc rocznica X – jak najlepiej o tym przypomnieć?, właśnie wpada Ci do głowy fajny pomysł na grafikę – szkoda, że nie ma go kto złożyć w całość.

Docierasz do pracy, włączasz radio – leci „Trójka” – z przyzwyczajenia? może dlatego, że „muzyka” mniej gówniana niż u innych? może dla kilku innych audycji… tak czy inaczej leci jak od lat. Odpalasz kompa, klik, pojawia się twój profil na pejsbuku. 20 powiadomień. Kilka z administrowanych przez Ciebie stron, ktoś wrzucił coś na organizacyjną grupę, jakieś dwie wiadomości i zaproszenie na wykład. Kilka chwil spędzasz na napisaniu tego co niezbędne i zabierasz się w końcu za swoją robotę.

W połowie przerabiania logo od klienta pod wydruk, wiadomość. Ktoś miał coś ogarnąć do dzisiejszej pikiety. Nie ogarnął. Cud, że daję znać. Tak czy inaczej przerywasz robotę i zaczynasz myśleć jak to naprawić. Jeden telefon, drugi. Jest, zajmie się tym ktoś inny, dziś szczęśliwy dzień i zamiast wyrwanych 2 godzin podczas pracy, masz „tylko” 15 minut „przerwy”.

Godziny lecą, kilka zleceń, jak zwykle chaos i nerwy bo wszyscy klienci przypomnieli sobie na początku maja, że dzień dziecka jest 1 czerwca – któż by się spodziewał!

W międzyczasie udaje Ci się jednak pomimo braku wrodzonych czy nabytych zdolności graficznych zmontować plakat na przyszłomiesięczny marsz. Znowu w podobnym stylu? Może Ci się wydaję? W każdym razie jest. Koncepcja z „głowy”, paręnaście kliknięć w Corelu i jest. Dzwonisz zrąbać producenta zamówionych miesiąc temu smyczek… cóż alkoholik ale robi tanio i dobrze mimo, że zawsze obsuwa z terminem.

W międzyczasie odbierasz telefony od klientów, przygotowujesz wysyłki, wpada kurier z paczką do Ciebie. Jest. Dojechała. Wysłużona szczekaczka odmówiła już posłuszeństwa. Oby i ta posłużyła. Wracasz na hale nadrukować na elementach logo klienta, prasa odmawia posłuszeństwa… klient czeka od tygodnia, a Ty za chwilę musisz się zebrać, żeby zdarzyć pikietę. Ciśnienie skacze. Na szczęście tylko bezpiecznik. Ostatnie logo trafia na swoje miejsce. Biegiem do biura. Baner – jest, wlepki – są, aparat – jest, płótno – jest. Dobra, lecimy. Wróć… przemówienie leży wydrukowane na biurku.

Szybka zmiana bawełniaków na spodnie, w których się można pokazać cywilizowanym ludziom i prosta na przystanek. Oi bombage, Oi bombage… dudni w uszach. Trzeba ruszyć temat szablonów – przebiega Ci przez myśl. Podróż w tramwaju mija na rozmyślaniach, kto się zjawi, kogo nie będzie i jaką wymówką się wykpi. Pikieta nic szczególnego 35 osób. Naszych oczywiście ledwo 1/3… Kilku poprawia oceny, ktoś tam zmęczony po pracy, dwóch po prostu nie ma i na „ch.. drążyć temat”.

Po pikiecie ten sam lokal od lat. Właściciel nasz gość. Piwo. Kilka refleksji, planów na najbliższy czas, trochę gadek na tematy różne. Wybija 20. Trzeba się zawijać, w końcu jutro do roboty.

W drodze powrotnej zastanawiasz po co Ci to wszystko. Czy nie ciągniesz tego grajdołu na siłę. Czy nie lepiej by było rzucić to wszystko i działać sobie w spokoju w jakiejś innej grupie. Działać bo nie wyobrażasz sobie, że możesz bezczynnie siedzieć i patrzeć na otaczający Cię syf. Jak działać to jednak na 100%, 110%. Nie chcesz być działaczem w wybranych godzinach, nie potrafisz. Jest tyle rzeczy do zrobienia, a tak mało czasu, kasy, możliwości i zaangażowanych ludzi. Zastanawiasz się czy chociaż jeden z całej garstki młodzieżowców poczuje to co Ty? Tą potrzebę działania i życie tym 24h na dobę – nawet sny czasem wypełnione są migawkami z działalności. Może to już przesada?  Po raz kolejny gorzka refleksja, że nie otaczają Cię ludzie tak zaangażowani jakbyś tego oczekiwał. Dobrze, że w kilku młodych widzisz nadzieję – oby słuszną. Gdzie dziś był by ogólnopojęty „ruch narodowy” czy patrząc lokalnie środowisko krakowskie, gdyby te maksymalnie zaangażowane osoby z kilku grup zaczęło działać realnie razem. Wizja piękna, ale idee… personalne niesnaski, ciągoty to „fuhrerowania”… ECH. Tramwaj wtacza się na pętle. Jeszcze kilka minut i znów dom. Trzeba zrzucić zdjęcia. Sklecić relacje. Pejsbuk. Kolega z Mielca zaprasza na marsz. Kolejny zajęty weekend w kalendarzu. Jak się zastanowisz nie pamiętasz weekendu, w którym nie było by jakiejś „akcji”. Życie, plany układasz do kalendarza kolejnych marszów, pikiet, wykładów, protestów, przygotowań na nie…

Czy to normalne? Co jest normalne? Co to za życie? Czy jest inne?